Stereotypami posługujemy się zawsze, dzięki nim łatwo jest zrozumieć świat, ale także zbyt się go upraszcza. Jednym z takich wyobrażeń są hotele miłości. Część z tych przypuszczeń jest prawdziwa, jednak istnieją też krzywdzące oceny na temat rzekomej rozwiązłości Japończyków. Często taki hotel jest jedynym miejscem, w którym można zaznać odrobiny prywatności od rodziny i sąsiadów. Zwłaszcza że japońskie domy posiadają cienkie ściany i nic się nie da ukryć. Europejczycy uważają je za obiekty pokrewne domom publicznym, jednak ich cel jest inny. Tutaj przychodzą pary, by móc zająć się tylko sobą. W Kraju Kwitnącej Wiśni istnieje około 30 tysięcy obiektów tego typu. Utarła się dla nich tradycyjna nazwa „love hotel”, choć próbowano nadać im inne nazwy, np. leisure/fashion hotel. Można w nim spędzić 2-3 godziny lub całą noc; w zależności od czasu przebywania wystawiana jest cena. Trudno byłoby znaleźć jakikolwiek podobny obiekt, który w tak bezpośredni sposób namawiałby na seks. A już na pewno nie w konserwatywnej Europie, przy której Japonia ze swoją odmienną kulturą jawi się jako kraina rozpusty i grzechu. Same hotele mogą wyglądać różnie, w zależności od ceny, którą oferują. Mogą być skromne lub wręcz przypominające małe, kiczowate pałace. Odróżniają się od otoczenia niesamowitymi kształtami i kolorami. A przecież Japonia to kraj surowych zasad moralnych; tu nawet niewinny pocałunek przy ludziach uważany jest za gorszący, choć wystarczy wziąć pierwszy lepszy komiks, by natknąć się na erotykę w łagodniejszym lub mocniejszym wydaniu. Do hotelów miłości przychodzą nie tylko stałe pary, ale przypadkowo poznani ludzie, którzy mają ochotę na chwilę zapomnienia.